21 cze 2025

Jedziemy w świat na chwilę

Jedziemy w ten świat na chwilę

Odwiedzić na sekundę przeszłość żeby nie została zapomnianą na zawsze

Nie przejmujcie się

Ja zawsze będę wracać

Wiem, że myślicie że nie

Ale tak będzie

Będę starał się odwiedzać was jak najczęściej

Bylebyście żyły wiecznie

Nie jestem gościem, który odpuszcza

Który nie zmienia i nie jest lojalny

Jestem

Będę

Maki

19 cze 2025

Krótka, skomplikowana opowieść o Gnijącej Pannie Młodej

Victor wracaj do niej
Ona Cię potrzebuje
Ty próbujesz uciec, a ona za tobą
Chyba nie widzisz, że jesteś dla niej ważny
Więc spróbuj z nią porozmawiać od zera
Victorze mogłeś tego nie robić
Dlaczego mówiłeś jej, że jest „tą drugą”
Jej oko było naprawdę urocze
Nie wiem, czy zbyt wiele was różniło
I nie wiem czy byłaby to pomyłka
Emily odeszła w smutku
Samotnie wędrując wśród martwych ulicach
Jej niebieskie włosy o atencję
A jej osobowość była wyjątkowa
Panna Everglot planuje odwrócić, to co się stało
Ale wie, że Victor potrzebuje jej pomocy
Tak jak przewidział plan
Miało być inne zakończenie
Nawet te igraszki nie pomogły
A śmierci roznosił się wśród wszystkich korytarzy
Ona miała być martwa
Panna Everglot miała nie żyć
A oni grali razem na pianinie
To wcale nie brzmiało brzydko
Wcale nie było brzydkie
Nie była w humorze, ale się poddała
Więc zaczęła grać z nim
Aż dłoń jej odpadła
Namiętnie
Oni wyszli za mąż
To nie była dobra informacja
Victor się spóźnił
A i tak chcieli go zabić
Byleby był na zawsze
Chciał to zrobić
Wiedząc, że może już nie wrócić
Wesele się szykowało
Szybko przebrali i ruszyli
Panna młoda jak zwykle pięknie, najpiękniej niż ktokolwiek inny
Chaos, niesamowity chaos nastąpił w świecie żywych
Gertruda nawet uwierzyła
Milord niezadowolony z nieudanego planu
W końcu Victor zaczął pierwszy
Miał być jej winem
Panna młoda paląc świece, jednak zwątpiła widząc Przyszłą Pannę Młodą
Nie mogła
„Kocham Cię Victorze, ale nie należysz do mnie”
Ona już wtedy wiedziała
Milord i jego plan B
Przecież jest zamężny
Niespodziewany zwrot akcji
Wiecie dlaczego Gnijąca Panna Młoda jest martwa?
Coś musiało się stać, prawda?
Dokonało się
Zemsta została dokonana
Teraz to on miał być Martwy
Tak się więc stało
Trucizna zadziałała
Widząc ich szczęśliwych, odeszła ku wietrznej pogodzie w nocy, w blasku księżyca, zamieniając się w piękne kolory niebieskiego motyle
Wszyscy żyli (lub nie) długo i szczęśliwie

18 cze 2025

Na to wszystko co odchodzi

Patrzę na to wszystko co odchodzi

I te wszystkie noce na balkonie nagle przepadły

I myślę, że gdyby nie ta impreza to wszystko potoczyłoby się inaczej

Ale jest jak jest

I tego nie da się zmienić

Nie potrafię udawać że potrafie mu zaufać

Bo nie potrafię

I ten pocałunek choćby w policzek

Zmienił jakby wir mojego świata

Nieświadomie zrobienie czegoś kosztuje dwa razy drożej

I patrzę jak odchodzę z żarem w ręku wśród zachodu

Nawet truskawki jeszcze niedojrzały, a ja już przegniłem

Tak jakbym zostawał jedzony przez robaki

Czasami czuję pewne rzeczy tak jakbym nimi był

I przepraszam za to ale nie umiem pościelić inaczej łóżka

Mam na sobie ten dres

Miałem go założony w dni poznania ciebie

I mam w dniu w którym musimy się rozstać

W tym mieszkaniu

W tym pokoju 6x6

Na tej wersalce

Jeziora już nam nie zaśpiewają jak na początku

Już nie wpadnę w to bagno drugi raz

Może wtedy coś to znaczyło?

„Wersalka 6x6”

Patrzył przez okno, jakby coś jeszcze mogło się wydarzyć. Jakby on miał wrócić. Ale nic nie wracało. Nawet tamte noce na balkonie, co kiedyś wydawały się nieśmiertelne — przepadły. Jakby ktoś je po prostu wyłączył. Jak światło.

Myślał, że to wszystko mogło się potoczyć inaczej. Że gdyby wtedy, na tamtej imprezie, nie poszedł za nim, albo powiedział coś innego — może dziś by nie siedział tu sam. Może byłoby lepiej. Może dalej by się śmiali z głupot, gotowali te jego dziwne makarony, oglądali powtórki „Simpsonów”. Ale co z tego. Jest jak jest. I tego już nie zmieni.

Nie potrafił mu zaufać. I nie dlatego, że coś konkretnego się stało. Po prostu… coś pękło. W środku. Jak zamek błyskawiczny, co się rozjechał i nie chce się zsunąć z powrotem. Próbował to ignorować. Udawać. Ale się nie dało. Nie był w stanie kłamać aż tak dobrze.

Ten jeden pocałunek — nawet nie w usta, tylko gdzieś w policzek — zmienił wszystko. Cały świat się przewrócił. I on już wiedział, że coś poszło nie tak. Że coś się nieodwracalnie przesunęło. Czasami człowiek coś zrobi odruchowo, a potem płaci za to jak za luksus.

Siedział na wersalce. Ten sam dres, co wtedy, gdy go pierwszy raz spotkał. I ten sam, który miał teraz, kiedy musieli się rozstać. Pokój 6x6, znajome światło lampy, ten sam zapach porannej kawy, co zawsze zostawał na kubkach. Nie płakał. Już nie. Wyczerpał ten zasób dawno temu, jeszcze zanim zaczęli mówić o rozstaniu. Teraz zostały tylko resztki. Cisza. Nieznośna cisza, która wypełniała pokój bardziej niż cokolwiek innego. Patrzył na te cztery ściany, które kiedyś były świadkami wszystkich chwil, które dzielili — śmiechu, rozmów, czasem milczenia. Ale teraz? Teraz wszystko było tylko tłem, które przestało mieć znaczenie.

Z jego ust nie padły żadne wielkie słowa. Nie musiały. Wszystko, co ważne, zostało powiedziane tam, w tej chwili, kiedy jeszcze czuli się blisko. Kiedy jeszcze myśleli, że czas nie ma końca. Kiedy nie patrzyli na zegar, bo życie wydawało się nieskończone.

Siedział tam, w tym dresie, który miał na sobie w dniu, kiedy wszystko się zaczęło. I pomyślał, że nie ma sensu udawać. Że życie nie jest takim, jakim się wydaje. Że czasami to, co robimy, kosztuje więcej, niż byśmy chcieli zapłacić. Ale mimo to — mimo tego wszystkiego — nie żałował. Chciałby tylko móc cofnąć chwilę. Może nie wszystko by zmienił, ale niektóre momenty, te najważniejsze — może dałoby się uratować.

Poczuł tę pustkę, która się w nim rozrastała. Nieznośną, ale nie nową. Właściwie to zawsze była. Tylko teraz, kiedy go opuścił, była widoczna. Jakby wybuchła w jego sercu. Nic już nie było takie samo. Pokój 6x6, wersalka, dres — wszystko to miało teraz zapach końca. Mimo że wciąż była nadzieja, że coś się zmieni, wiedział, że to nieprawda. Nie było już odwrotu.

Może wtedy coś to znaczyło. Może wtedy ich pocałunki były prawdziwe. Może wtedy ich słowa miały wagę. Ale teraz? Teraz już nic nie miało sensu. Czuł to w każdym oddechu. I mimo że starał się nie patrzeć, to wiedział, że nigdy nie będzie w stanie przejść przez to, co zostało.

Zachód słońca za oknem powoli gasł. I on zostawał tam, w tym pokoju, sam — bez słów, bez niego, bez niczego. Tylko z tym, co było i tym, co nie mogło już być.

Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka