To, że teraz przeliczam banknoty dwa razy
i śpię między kartonem a planem na jutro,
nie znaczy, że się rozpadam.
To tylko moment,
nie koniec historii.
Przeprowadzka to nie klęska.
To kurz w powietrzu,
taśma klejąca na palcach,
wizja czegoś większego
niż metraż.
I wiem, że patrzysz.
Niby spokojnie.
Niby „ja tylko pytam”.
Ale w pytaniach masz już wyrok.
Jakbyś czekała, aż się potknę,
żeby udowodnić, że to on.
Że gdy brakuje kasy — to on.
Gdy jestem zmęczony — to on.
Gdy milczę chwilę dłużej — to on.
A prawda jest prostsza.
Czasem jest ciężko,
bo dorosłość nie przychodzi w prezencie.
Przychodzi w ratach.
Nie wszystko, co trudne,
ma jego imię.
Nie każdy mój błąd
jest czyimś cieniem.
Ja wybrałem.
Świadomie.
Bez przymusu.
Bez złudzeń.
Jeśli upadnę —
to na własnych zasadach.
Jeśli wygram —
też po swojemu.
Nie potrzebuję cichego przeciwnika
w kimś, kto powinien stać obok.
Nie potrzebuję spojrzeń,
które już wiedzą lepiej.
Potrzebuję tylko przestrzeni,
żeby być sobą —
nawet jeśli mój sposób
nie mieści się
w twoim planie.
Brak komentarzy :
Prześlij komentarz